De Poolse soldaat – Polski żołnierz Dolores Thijs

ISBN: 9789460038907 (paperback) 9789460039072 (ebook)

Aantal pagina’s: 304

Uitgever: Balans

Verschijningsdatum: 14/01/2019

Kochani,

Przed Wami fragment powieści, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Historii opowiedzianej przez Dolores Thijs – pisarkę i dziennikarkę, a dotyczącej jej dwóch ojców i matki. Dopiero jak przyszła matka, Dolores dowiaduje się, że jej ojcem jest polski żołnierz. Tak rozpoczyna się jej przygoda z polskim ojcem i polską historią.

Przyjemnej lektury!

Dolores Thijs

„De Poolse soldaat. Een verborgen geschiedenis”

„Żołnierz z Polski. Skrywana historia”.

Książkę tę dedykuję matce oraz moim dwóm ojcom.

Prolog

”Piękna kobieta, ale ma pewien mankament.”

W ten sposób zwrócono uwagę Maartena na Julię. Tym mankamentem byłam ja. On jednak zakochał się w niej, a jej dziecko przyjął jak własne. W wieku sześciu lat nareszcie miałam ojca.

Kiedy byłam mała, mama wyciągała czasem puszkę po ciastkach. Były tam widokówki i zdjęcia, między innymi stare fotografie atrakcyjnego mężczyzny w zagranicznym mundurze wojskowym. Kto to był? Nie tata.

– Opowiem ci kiedyś, jak będziesz duża – odpowiadała matka wymijająco. Nawet jego imię nie znosiło widocznie światła dziennego. Jednak dziecko ma intuicję i ziarno wieloletnich wątpliwości zostało zasiane.

Aż do chwili, kiedy ćwierć wieku po moim urodzeniu puszka po ciastkach znowu powróciła – wraz z przynależącymi do niej opowieściami.

Teraz pojawiły się nowe pytania. Kim jestem? Jaka jest moja tożsamość? Co najbardziej mnie ukształtowało: wychowanie kochającego ojczyma czy geny biologicznego ojca? Na ile przecenia się więzy krwi? W Belgii i w Brukseli, już dawno nie tym tętniącym życiem mieście Jacquesa Brela, w której dorastałam, nigdy nie czułam się jak w domu. Tęskniłam za rozległymi, niemal bezludnymi krajobrazami i nieosiągalnymi horyzontami. Czyżbym nosiła w sobie nostalgiczną tęsknotę za wspaniałością stepu? Niepokój włóczęgi, wszędzie i nigdzie będącego u siebie, bezustannie szukającego nowych horyzontów, za którymi trawa jest bardziej zielona? Czyżby to była słowiańska dusza, czy też tylko tani romantyzm? Bo przecież także flamandzkie DNA ze strony matki pozostawiło niewątpliwie swoje ślady.

Chciałam wiedzieć więcej zarówno o pochodzeniu mężczyzny, którego nazywałam tatą jak i tego, który był moim biologicznym ojcem – i którego wiele lat później miałam wreszcie spotkać.

Moje poszukiwania zaczęły się na flamandzkiej wsi, gdzie pod koniec dziewiętnastego wieku urodziła się moja babcia Adele i zawiodły mnie aż w rosyjską tundrę. Od Adele i jej męża Victora pochodzi moja matka Julia. Pierwsza wojna światowa położyła się cieniem na życiu jej rodziny, a w dorosłym życiu z kolei moja matka musiała wiele wycierpieć podczas drugiej wielkiej wojny dwudziestego wieku. Jak się później okazało, były tam również jasne chwile: miłość do polskiego żołnierza Michała i po dziewięciu miesiącach dziecko. Moja matka została samotną matką, zdecydowanie niełatwe życie w tamtych czasach. Dopóki nie pojawił się w naszym życiu Maarten i wszystko stało się z pozoru takie, jak należy.

To są opowieści o nich, trzy historie rodzinne. Mojego biologicznego ojca, Michała Redczuka, wywodzącego się ze starego rodu, którego korzenie sięgały początków Rosji. Historia człowieka, którego całe życie nazywałam tatą, Maartena Thijsa, komunisty z przekonania. I historia mojej matki, która wydając mnie na świat połączyła losy ich obu.

Dolores Thijs

3 Oficer

Een billet–doux / Liścik miłosny

Do Wolfen przybywało coraz więcej jeńców wojennych. Francuzów, Belgów, Włochów i Polaków. Jeden z nich zameldował się wiosną 1944 roku przy zawalonym teczkami akt biurku mojej matki. Spojrzała sponad maszyny do pisania. Stała przed nią wysoka i smukła postać, uderzająco przystojny mężczyzna o ostrym profilu. Obracał w rękach czapkę żołnierską. Emanował dziwną siłę przyciągania. Jego włosy były wypłowiałe od słońca, Julia nigdy jeszcze nie widziała takich rozświetlonych niebieskich oczu, jaśniejszych niż kryształ górski, które z ledwo skrywaną drwiną zdawały się świdrować ją na wylot. Żaden typ śródziemnomorski, już raczej wyglądał jej na kogoś z północy, a jego kości policzkowe były z pewnością słowiańskie. Był nędznie ubrany, jak wszyscy przybywający do obozu, i trochę za chudy, ale jeszcze nie tak wynędzniały jak większość jego towarzyszy niedoli, którzy codziennie przed nią stawali. Mimo wszystko jednak z jego postawy biła duma i pewność siebie, ale także melancholia, z którą natychmiast się utożsamiła. Ku jej miłemu zaskoczeniu mówił doskonale po francusku. Julia wkręciła formularz w maszynę do pisania.

– Nazwisko?

– Michał Redczuk.

Mężczyzna zauważył jej wahanie i przeliterował imię i nazwisko. „Imię z polskim l, z kreseczką w poprzek.

Tej słowiańskiej litery nie było na niemieckiej klawiaturze.

– Urodzony?

– 26 października 1918 roku w Toruniu.

Siedem lat młodszy od niej.

– Narodowość?

– Polska. Teraz bezpaństwowiec.

– Stan cywilny?

Nie miała odwagi na niego spojrzeć.

– Stan wolny.

– Rodzice?

– Vadim Redczuk i Maria Rozwadowska.

– Stopień?

– Oficer.

Przyglądał się, jak moja matka uzupełnia jego dane. Kilka razy nie trafiła we właściwy klawisz. Wcześniej nigdy jej się to nie zdarzało. Kiedy podniosła wzrok, zauważyła ironiczny uśmieszek na jego ustach. Moja matka miała kolana jak z waty. Nawet w najśmielszych przypuszczeniach nie przyszłoby jej do głowy, że ten Polak będzie ojcem jej dziecka.

Tydzień później odwiedził ją mężczyzna, który przedstawił się jako Tadeusz Watycha. Ukłonił się uprzejmie i przekazał jej błękitną kopertę z liścikiem pisanym niemal kaligraficznym pismem:

7 MARCA 1944

Mademoiselle,

Z przykrością dowiedziałem się w Pani biurze, że jest Pani chora. Dlatego pozwalam sobie przesłać Pani przez mojego przyjaciela, Tadka, kilka słów otuchy. W Pani i moim kraju niedługo będzie obchodzona Wielkanoc, święto radości i nadziei, ale my tu wszyscy jesteśmy bardzo oddaleni od rodziny i przyjaciół. Czy mogę Pani zaproponować, jeśli poczuje się pani już lepiej i będzie w stanie wyjść z domu, abyśmy spotkali się w te dni? To będzie dla mnie zaszczyt, jeśli zechce Pani mi towarzyszyć w Niedzielę Wielkanocną w obozie na przedstawieniu Francuzów. Jeśli się Pani zgodzi, przyszedłbym po Panią o wpół do siódmej i zrobiłbym wszystko, by zapewnić Pani przyjemny wieczór. Decyzja oczywiście należy do Pani. Jeśli ma Pani ochotę, proszę łaskawie poinformować mojego przyjaciela, że się Pani zgadza. Życzę Pani szybkiego powrotu do zdrowia i przesyłam tym samym moje najszczersze słowa przyjaźni.

Pełen oddania Redczuk, Michał

Gemeinschaftslager Stube 139

Wolfen (Kreis Bitterfeld)

Moja matka natychmiast się ożywiła, ale pozwoliła posłańcowi miłości oddalić się bez odpowiedzi. Nie chciała pokazywać, że jej zależy. Wytrwała całe dwa tygodnie. Potem przystojny Polak stanął w progu domu rodziny Schultz, stuknął obcasami i złożył na rękach obu pań szarmanckie pocałunki – klasyczne słowiańskie powitanie kobiety przez mężczyznę – jednak bez dotykania skóry, tak jak powinno być.

Pierwszego dnia Wielkanocy Julia siedziała obok Michała w świetlicy, gdzie Francuskie Kółko Kulturalne próbowało podtrzymywać ducha więźniów skeczami Francisa Blanche i piosenkami Charlesa Treneta i Maurice´a Chevaliera. Polak od razu trafił tym w dziesiątkę. Pomimo statusu jeńca wojennego dysponował pewną swobodą poruszania się i zaproponował drugie spotkanie. Sikorki bogatki świergotały, słońce świeciło, trawa była miękka, ciepło pozwalało wyparować wilgoci, która w zimowych miesiącach nagromadziła się w ziemi i dobrze robiło ludzkim kościom. Któż mógł się temu oprzeć?

W samym Wolfen i w otoczeniu obozu, mimo wojny, unosiła się w powietrzu atmosfera pokoju i nadziei, nawet jeśli tylko w głowach tych, którzy już tak długo tego łaknęli. Wraz z rozkwitającą naturą, budziła się po surowej zimie potrzeba dobroci, delikatności i miłości. Julia nie była sentymentalna, ale teraz, kiedy liczyła na to, że z tym młodym mężczyzną może odkryć prawdziwą romantyczność znaną jej dotąd jedynie z książek i operetek, dala się skusić. Ten mężczyzna ją pociągał, czerpała przyjemność z podniecenia, które czuła w jego obecności. Czyżby znalazła w końcu prawdziwą miłość?

Margarete Schultz uważała, że młoda sublokatorka zasługuje na odrobinę szczęścia, ale ostrzegała ją przed ewentualnymi konsekwencjami. Tego rodzaju kazań Julia wystarczająco dużo wysłuchała już w młodości. Teraz była dorosłą kobietą, która doskonale wiedziała, że wola może być silna, ale ciało słabe. Zanim jednak całkowicie mu się oddała, chciała wiedzieć o nim trochę więcej. Polski kochanek zaczął stopniowo opowiadać o sobie i swoim pochodzeniu. Dozował opowieści. Jakby cały czas trzymał przed nosem mojej matki marchewkę sprawiając, że z zaciekawieniem czekała na dalszy ciąg. Nie wszystko na raz. „Kolejnych rozdziałów książki, jakkolwiek byłaby interesująca, też nie czytasz od razu, jak leci. Musi pozostać czas na refleksję” – mawiał.

[…]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s